Jest to zdecydowanie post, do którego napisania zbierałam się najdłużej.. Jeden krem czasem pojawił się na blogu, ale tylko w formie zapowiedzi, a ja gorąco Wam obiecywałam, że w końcu poświęcę mu cały wpis, bo naprawdę na to zasłużył. I zbierałam się jak sójka za morze. Dzisiaj rano napisałam Anecie smsa, że ja dzisiaj piszę i nawet brak dobrego światła do zdjęć nie powstrzymał mnie przed tym!
Każda dziewczyna z problematyczną cerą zapewne marzy o znalezieniu swojego kremu. Takiego, na którego zawsze możemy liczyć, że uratuje w ciężkiej sytuacji, pobudzi do życia smutną i szarą cerę, a przy okazji nie narobi żadnej szkody na twarzy. I ja trwałam w tym marzeniu intensywnie poszukując tego swojego jedynego. Moje poszukiwania to były głównie upadki, kremy zbyt tłuste i źle dobrane do rodzaju cery. Nie wiem czy wiecie, ale przez bardzo długi czas żyłam w przekonaniu, że posiadam cerę suchą! Jednak to właśnie dzięki blogerkom, a dokładnie jednej, która swoim genialnym wpisem (tutaj możecie go przeczytać w całości) uświadomiła mnie o moim strasznym błędzie.
Poszukiwania kremu dla cery mieszanej rozpoczęłam od rosyjskich sklepów. Nie wiem czy wierzycie w przypadki czy wolicie to nazywać przeznaczeniem. Ja zaliczam się do tej drugiej grupy i wierzę, że działała przy tym jakąś wyższa moc sprawcza ;-) Otóż zdecydowałam się na jeden z kremów Baikal Herbals i kiedy już byłam gotowa go zakupić i niemalże trzymałam w jednej dłoni kartę płatniczą, a w drugiej myszkę od komputera, okazało się, że mój krem został wykupiony! Olaboga, płacz, rozpacz i szybkie poszukiwania substytutu. I tak o to w moje rączki wpadł jeden z kremów Natura Siberica.


